Mój Wrocław - Eksperymenty wrocławskie cz.2 Trzonolinowiec
Aby opowiedzieć kolejną historię zmagań z materią budowlaną i twórczego entuzjazmu, każącego szukać nowatorskich konstrukcji, muszę przeskoczyć do czasów, bezpośrednio poprzedzających współczesność. Czasy te odcisnęły się mocnym piętnem na wielu miastach polskich, w tym bardzo mocno na obliczu Wrocławia.
Negatywne konotacje emocjonalne i polityczne historii PRL, połączone z dzisiejszą koniecznością zmagania się, z odziedziczoną po niej masową architekturą, często utrudniają nam docenienie niektórych wartości tego dziedzictwa. Nie pomaga tłumaczenie ówczesnej architektury trudną sytuacją. My, użytkownicy, bardziej widzimy w niej skutki bezmyślnych decyzji i chęci panowania nad społeczeństwem.
Trzonolinowy wieżowiec mieszkalny przy ulicy Kościuszki 72 -74 opowiada swoją historię eksperymentalnych zmagań, kontrowersji, przełamywania przyzwyczajeń i stawiania nowych punktów na mentalnej mapie miasta. To historia przekory każącej szukać nowego w czasach, gdy mierną równość, przedkładano nad ryzykowny indywidualizm. Jego współczesna egzystencja, to również przykład stopniowego oswajania domów z betonu, ich częściowej rehabilitacji, dokonywanej nie tylko przez twórców architektury ale i przez jej odbiorców. Budynek zrealizowano w latach 1961 - 67, był to czas wzmożonego ruchu budowlanego, mającego na celu zapewnienie jak największej ilości mieszkań. Awangardowi architekci szukali wówczas sposobu na zapewnienie możliwego komfortu, przy wielkich potrzebach i ograniczonych środkach.
Równolegle w Lublinie, Oskar Hansen próbuje urzeczywistnić swoją koncepcje formy otwartej, realizując mieszkania nauczycielskie na osiedlu im. Słowackiego. Łącząc sztukę z architekturą, odrzucił on tradycyjne rozumienie dzieła, jako przedmiotowej formy ukończonej przez twórcę. Środek ciężkości przeniósł z materialnego przedmiotu na relację pomiędzy twórcą a odbiorcą. Idea sztuki zawarta w tej relacji, miała polegać na współuczestniczeniu dotychczas biernego odbiorcy w powstawaniu dzieła,. Rolą twórcy według Hansena, było świadome zapoczątkowanie procesu powstawania formy otwartej, dopełnianej następnie przez użytkownika. Bezpośredniego przełożenia swojej teorii, szukał Hansen w architekturze. Był to ważny głos w dyskusji o nowoczesnej światowej sztuce. W Lublinie założył uwolnienie od konstrukcji oraz wszelkich narzuconych podziałów przestrzeni mieszkań, po to, aby pozostawić ją do zagospodarowania mieszkańcom.
Również elewacje zewnętrzne miały otrzymać ostateczny wygląd w wyniku współuczestnictwa użytkowników. Niestety mimo, że udało się uruchomić proces inwestycyjny, urzeczywistniający założenia formy otwartej, były to zbyt trudne czasy dla takich eksperymentów. Użytkownicy okazali się nieprzygotowani na podjęcie tak daleko idącej odpowiedzialności za własną przestrzeń życiową. Dlaczego wspominam ten epizod z rozwoju polskiej myśli architektonicznej, przy okazji opowiadania o wieżowcu trzonolinowym? Ponieważ patrząc z perspektywy czasu myślę, że wrocławscy twórcy, mieli podobne ambicje jak Hansen, mimo, iż trzonolinowiec jest architekturą zdecydowanie bardziej inżynierską niż artystyczną. Odnoszę wrażenie, że z entuzjazmem, trochę może z niepokojem, szukali jakiejś przystającej do swoich czasów, właściwej drogi. Miała ona prowadzić do łatwego osiągnięcia dobrego kształtu przestrzeni życiowej. Było to w przededniu ostatecznego triumfu wielkiej płyty.
Autorami wrocławskiego eksperymentu byli: Jacek Burzyński - główny projektant, i Andrzej Skorupa - odpowiedzialny za obliczenia konstrukcji. Jednym z zasadniczych celów było tu również jak największe uprzemysłowienie budownictwa, polegające na wykonaniu zasadniczej części budynku poza placem budowy. Szczególną determinacje wykazali autorzy na rzecz wyeliminowania typowych dźwigów, których przestrzeń manewrowa ograniczała możliwości projektowania urbanistyki. Efektem tych wszystkich dążeń było zastosowanie konstrukcji wiszącej. Eksperyment z nią wynikał również, z osobistego zaangażowania Jacka Burzyńskiego w badania nad tego typu konstrukcjami. Na marginesie tej opowieści warto wspomnieć, że badania te zawarte były w jego pracy doktorskiej otwartej na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej, gdzie był adiunktem. W swoim opracowaniu Burzyński uściśla definicje przedmiotu swoich badań: Roboczo można przyjąć, że przez konstrukcje wiszącą rozumiemy taką, w której podstawowe obciążenia pionowe przenoszą podpory rozciągane współpracujące z punktami stałymi. Architekturą, czy w konkretnym przypadku domem wiszącym jest obiekt, w którym konstrukcja pracuje według wyżej wymienionej zasady. Nie są nią natomiast wszelkie przykłady architektury, w których przez zastosowanie konstrukcji wspornikowej czy innych uzyskuje się wrażenie wiszenia nad elementem odniesienia.(1)
Stałym elementem wrocławskiego wieżowca jest żelbetowy trzon, przechodzący przez środek kwadratowego rzutu wszystkich dwunastu powtarzalnych kondygnacji. Zawiera on w sobie piony komunikacyjne czyli klatkę schodową i szyb windowy, oraz piony instalacyjne. Z głowicy tego trzonu wystającej ponad dach budynku, rozchodzą się promieniście stalowe liny. Zawieszano na nich płyty stropowe kolejnych kondygnacji mieszkalnych. Tak więc współpraca elementów wiszących ze stałymi polega na przenoszeniu przez liny, od dołu do góry, ciężaru poszczególnych mieszkań. Na górze głowica zbiera ten ciężar, a następnie przez trzon jest on sprowadzany w dół, do fundamentów. Usytuowanie trzonu i włączenie go w układ funkcjonalny pozwoliło na łatwe i logiczne zorganizowanie komunikacji. Rozprowadzenie lin po obwodzie rzutu, umożliwiło aranżację mieszkań bez konieczności dostosowania się do podziałów konstrukcyjnych.
Osobnym, interesującym zagadnieniem jest przebieg procesu budowy. Pierwszą czynnością było wybudowanie podziemnej kondygnacji piwnicznej i przygotowanie fundamentów pod trzon. Następnie umieszczono na nich, przywiezione na plac budowy, ułożone kolejno na sobie płyty stropowe wszystkich kondygnacji. Przez otwory w płytach przeprowadzono stalowe liny, w taki sposób, że każda z nich jeden koniec miała pod najniższą płytą, a drugi zamocowany do wspomnianej głowicy. Głowice umieszczono na wierzchniej, ostatniej, płycie. Tak przygotowany zestaw prefabrykowanych elementów był gotowy do ustawienia, czyli podniesienia wszystkich płyt, przez stopniowe podnoszenie głowicy. Podpierano ją odlewanymi na bieżąco kolejnymi poziomami trzonu. Można w uproszczeniu powiedzieć, że montaż budynku przypominał trochę podnoszenie harmonijki. Tworzyły się w ten sposób od góry, kolejne kondygnacje, aż do najniższego poziomu mieszkań. Kiedy już wszystkie piętra „rozciągnięto" w pionie, cały budynek podniesiono jeszcze o piętro, odlewając najniższą, widoczną, parterową część trzonu. Znalazło się w niej wejście do budynku. Uzyskano w ten sposób wolny parter, nadając całemu budynkowi optycznej lekkości. Na koniec związano dolne końce lin z fundamentami analogicznie jak z głowicą. Całość jeszcze podniesiono o dziesięć centymetrów, aby napiąć liny. Kiedy już cala konstrukcja była zamontowana, można było usunąć dźwigniki, zespolić płyty stropowe z trzonem i zamontować ściany zewnętrzne z oknami, jako niezależne od konstrukcji, lekkie przegrody osłonowe. Powstały budynek o formie kubicznej, zaczął sprawiać wrażenie unoszącego się ponad ziemią.
Trudno tu oceniać warstwę estetyczną wypiętrzonej kostki, która w dobie budownictwa uprzemysłowionego realizowała wszystkie jego postulaty. Trudno też ocenić, czy w sposób najlepszy z możliwych zaaranżowano przestrzeń mieszkalną. Można odnieść wrażenie, że ostatecznie jakość architektoniczna ustąpiła miejsca racjom budowlanym. Wytłumaczyć to należy faktem, że realizacja ta była typowym eksperymentem, w którym chciano sprawdzić przede wszystkim aspekt techniczny i ekonomikę budowy. W miarę powodzenia eksperymentu, zamierzano stosować konstrukcję trzonolinową na masową skalę, polepszając jej jakość przestrzenną i estetyczną.
Niestety już kilka lat po ukończeniu realizacji budynku, zaczęły się problemy z jego użytkowaniem. W sensie mechanicznym trzonolinowiec pracował bez zarzutów. Jednak odchylenia konstrukcji, wynikające z kurczenia się i rozkurczania stalowych cięgien, spowodowały naruszanie elementów wykończeniowych. Efektem tego było rozszczelnianie się osłon i rysy na styku ścian ze stropami. Do ogólnych problemów doszedł jeszcze czynnik ludzki. Mianowicie świadomość zamieszkiwania w „wiszącym" a więc „niestabilnym i niebezpiecznym" budynku, przy powierzchownych, ale oddziaływujących na wyobraźnię, symptomach nieprawidłowej pracy konstrukcji, spowodowała u mieszkańców poczucie zagrożenia. W efekcie, już w połowie lat siedemdziesiątych, administrator obiektu został zmuszony do przeprowadzenia jego gruntownego remontu i korekty konstrukcji. Wiązało się to z koniecznością tymczasowego wysiedlenia lokatorów. Najważniejsza czynność polegała na zalaniu stalowych cięgien betonem, czyli na praktycznym stworzeniu słupków żelbetowych. Trudno rozstrzygnąć, czy tym sposobem stalowe liny przestały całkowicie pracować na rozciąganie. Natomiast widoczne ustabilizowanie konstrukcji jest dowodem na to, że po remoncie, wbrew zamysłowi twórcy, mamy bardziej do czynienia raczej z układem podpartym, niż wiszącym. Później nie odnotowano już ważniejszych problemów z użytkowaniem budynku.
Obecnie trzonolinowiec nazywany przez wrocławian „wisielcem", nie wzbudza już kontrowersji, a przez znawców jest traktowany raczej jako architektoniczna ciekawostka. Wykup przez lokatorów pierwotnie czynszowych mieszkań, świadczy o powolnej akceptacji tego nietypowego budynku. Pozytywnemu zaistnieniu „wisielca" na mentalnej mapie Wrocławia, sprzyjała polityka przyznawania przez władze miasta mieszkań ludziom kultury i artystom w „dziwnym wieżowcu". Przez pewien czas mieszkał tu aktor Bogusław Linda. Opisując wrocławski trzonolinowiec, nie kryję entuzjazmu. Dziś wiemy, że nowoczesna światowa architektura nieraz sięga do podobnych idei konstrukcyjnych. Przy odpowiedniej jakości materiałów, precyzji wykonania i nowych technologiach wykończeniowych, konstrukcje wiszące pozwalają tworzyć budowle o nieprzeciętnych walorach. Trzonolinowiec wpisał się w poszukiwanie owej nieprzeciętności. Niestety jednak, szczerość nakazuje jego samego uznać za doświadczenie nieudane. Trudności z użytkowaniem sprawiły, że wbrew planom była to pierwsza i ostatnia tego typu realizacja w swoich czasach. Muszę też przyznać, że niezależnie od pochwały dla szukania tego co nowe, mój współczesny wrażeniowy odbiór „wisielca" jako budynku mieszkalnego, nie nasuwa pozytywnych ocen. Słabo rozwinięte wówczas w Polsce technologie wykonywania ścian osłonowych oraz chęć sprostania wymogom ekonomicznym, spowodowały, że dziś - po upływie kilku dekad - mamy do czynienia z obiektem wyjątkowo szpetnym. Podporządkowanie trzonu budynku wymogom konstrukcyjnym sprawiło, że przestrzeń komunikacyjna pozostając odhumanizowana, sprowadza się do spełnienia najprostszych warunków użytkowych. Być może przy korygowaniu błędów i unowocześnianiu technologii mogłyby powstawać nowe, leprze trzonolinowce. Jednak ogólna krytyka oraz nagła, tragiczna śmierć głównego entuzjasty wiszących budynków, Jacka Burzyńskiego, spowodowała, że w czasach PRL nigdy już nie podjęto nowych prób przyswojenia tego eksperymentu.
(1) BURZYŃSKI, Jacek. Architektura eksperymentalnej realizacji budynku
trzono-linowego we Wrocławiu.
Wrocław: Redakcja Wydawnictw Politechniki Wrocławskiej. 1969.
(Marek Idziak)
Nie bądź anonimowy. Zaloguj się.
Dzięki temu Twoje komentarze będą bardziej wiarygodne.
Jeśli nie masz konta zarejestruj się.
Dodaj komentarz bez logowania »




Komentarze
zen
28.01.2010
lok
23.05.2011